Strona Główna

Nasz program

O nas

Forum

Galeria zdjęć

PIONIERZY

Kontakt
Artykuły:
Jan Włodarek
Historia
Sylwetki
Wywiady
Porady
Trening
Dietetyka
Medycyna
Wspomaganie
Sterydy
Ośrodki
RÓŻNE
Statystyka
Odwiedziło nas:
3510786
osób.
Oni są z nami:

Dzisiaj jest sobota 28 Maja 2016.
Imieniny obchodzą: Jaromir, Just, Justyna, Wiktor, Jaromir
Pamięć o Teodorze Sztekkerze








W dniu 14 maja 2016 r., w miejscowości Wężyk miało miejsce podniosłe wydarzenie, które wcześniej zapowiedziane zostało w JWIP.PL.

Uroczyście odsłoniento obelisk upamiętniający mistrza zapasów Teodora Sztekera, żyjącego w latach 1987 – 1934.

Na tę uroczystość przybyli:
Burmistrz Grzegorz Benedykciński, przedstawiciele samorządu oraz instytucji kulturalnych i sportowych Grodziska Mazowieckiego, władze Polskiego Związku Zapaśniczego z Prezesem Grzegorzem Pieronkiewiczem i dwukrotnym mistrzem olimpijskim w zapasach Andrzejem Wrońskim, duchowni obrządków katolickiego i ewangelickiego, przedstawiciele Lasów Państwowych z Nadleśnictwa Chojnów, młodzi zapaśnicy z sekcji zapasów Ludowe Zespoły Sportowe KS Teresin, przedstawiciele organizacji pozarządowych: Towarzystwa Cyklistów w Jaktorowie, Stowarzyszenia Otwarta Brama z Żabiej Woli, Stowarzyszenia Nasza Kuklówka, Fundacji Lwowa i Kresów Wschodnich, przedstawiciele samorządu oraz instytucji kulturalnych i oświatowych gminy Radziejowice, mieszkańcy okolicznych wsi z sołtysami Wężyka i Makówki.

Inicjatywa, aby upamiętnić Teodora Sztekkera wyszła od mieszkańców Sołectwa Kuklówka Zarzeczna skupionych w Stowarzyszeniu, które ma na celu m.in. przypominać sławnych ludzi z okresu międzywojennego mieszkających w okolicy. Stowarzyszenie społecznie realizując ten cel opracowało projekty, które przewidywały sfinansowanie budowy obelisków: wybitnego malarza Józefa Chełmońskiego, a ostatnio Teodora Sztekkera. Nadano ulicy w Kuklówce imię Teodora Sztekkera oraz wydano książę pt. „Dwukrotny mistrz świata Teodor Sztekker włodarz Chawłowa”.

Za wkład w przygotowanie i organizację projektu „Teodor Sztekker” podziękowanie od Polskiego Związku Zapaśniczego otrzymali: Burmistrz Grodziska Mazowieckiego Grzegorz Benedykciński, prezes Stowarzyszenia Nasza Kuklówka Joanna Zawadzka-Mróz, wydawnictwo PRIMUM.

Złote odznaki PZZ otrzymali: Tadeusz Murzyn, Jacenty Suzdorf, Aneta Caban. Specjalne wyróżniono Wiesława Zakrzewskiego, koordynatora całości projektu.

W pogodny dzień warto wybrać się w okolice Kuklówki Zarzecznej i zobaczyć dworek Józefa Chełmońskiego w którym żył i malował swe wspaniałe obrazy.
Natomiast, wśród wysokich świerków ( uznanych za pomnik przyrody) zasadzonych na posiadłości Sztekkera wczuć się chociaż na chwilę w atmosferę ubiegłego stulecia.

Dziękuję pani prezes Stowarzyszenia Nasza Kuklówka Joannie Zawadzkiej - Mróz za przekazaną mi informację o uczestnikach tej uroczystości.
Jan Włodarek

Rej.860/Historia -80/2016.05.20/JWIP.PL



Inwalida Alan Mead poglądową kartą anatomiczną


(Alan Maed w latach 30 –ch ubiegłego wieku. Fot. z b. arch. „SdW. 1960” oraz internet: breeakingmuscle).

Pisaliśmy o Maksie Sicku, który dzięki metodzie polegającej na napinaniu i rozluźnianiu mięśni oraz pokonywaniu ciężaru własnego ciała doszedł do zadziwiających wyników. Z Maksem Sickiem rywalizować mógłby przed trzydziestu laty ( tj. w 1930 roku - przyp. jw.) jeden człowiek: Alan Mead. Anglika tego nazywano „poglądową kartą anatomiczną”. Był prawdziwym mistrzem w artystycznym opanowaniu każdego mięśnia od bioder w górę. Dlaczego nie demonstrował mięśni nóg? Po prostu dlatego, że był inwalidą. W czasie pierwszej wojny światowej Anglik ten w walce z Niemcami został ciężko ranny w nogę i nie było innego ratunku, jak amputacja powyżej kolana.

Jako inwalida przeżywał początkowo pewien kompleks niższości. Rwał się do sportu (kiedyś uprawiał z zamiłowaniem gry sportowe). Pewnego dnia wpadł na pomysł uprawiania ćwiczeń siłowych. Z zadziwiającą energią i pilnością przystąpił do systematycznego treningu. Właśnie przede wszystkim w zwisach, podporach, siadzie i leżeniu. Gdy stwierdził poprawę, ćwiczył za dwóch. Liczył wtedy 24 lata i kończył studia prawnicze. Po ich ukończeniu rozwinął „górę” tak wspaniale, że budził ogólny podziw. I to zachęciło go do codziennych występów w londyńskim „Music Hallu”, gdzie przez 10 lat (1925 -35) demonstrował mięśnie i popisywał się różnymi numerami siłowymi. Miał wówczas 182 cm wzrostu i ważył 82 kg, obwód zgiętego ramienia wynosił 43 cm, obwód klatki piersiowej 117 cm, a w pasie 82 cm (obwody mięsni mierzone w spoczynku).


Był nadzwyczaj inteligentny i po mistrzowsku umiał oddziaływać na publiczność pięknem swej budowy (zawsze występował w długich spodniach).
Występy jego trwały ok. 30 minut, ale publiczność z takim zainteresowaniem śledziła każdego jego ruchy, że zawsze musiał „bisować”. Szczególnie wspaniale miał rozwinięte mięśnie brzucha, które potrafił napinąć i kurczyć każdy z osobna oraz trójgłowy ramienia.
Zarabiał dużo (później otworzył kancelarię adwokacką), ale też dużo wydawał na sprzęt, który hojnie rozdawał dorastającym chłopcom, zachęcając ich do uprawiania ćwiczeń siłowych. Nigdy nie startował w zawodach atletycznych, ale siłę miał wielką. W podporze na poręczach setkami razy uginał i prostował ramiona, w leżeniu na ławeczce wykonywał ćwiczenia rekordowym obciążeniem.
Ćwiczenia siłowe stworzyły mu nowe życie. Dały radość, zadowolenie, fortunę, szczęście. I to mimo kalectwa.
Aut. Stanisław Zakrzewski , grudzień 1959 r.

JWIP.PL.Mead, po utracie nogi, dzięki żmudnemu treningowi wrócił do aktywności fizycznej i osiągnął znakomite proporcję i sylwetkę, sprężyste mięsnie i stał się mistrzem ich kontrolowania.
W roku 1933 roku na łamach miesięcznika „Superman”, ujawnił, ze jego wiedza o rozwoju mięśni wynika z dokładnego studiowania anatomii i biomechaniki człowieka, a w szczególności znajomość funkcji komórki mięśni i jej relacji z funkcją nerwów, co wykorzystał w swoich treningach ciała. We wspomnianym artykule ilustruje korelacje tych funkcji wykresem o tytule „Kontrola mięśniowa”. Można stwierdzić, że Maed, jako jeden z pierwszych, opanował praktycznie kontrole nad mięśniami. Po nim na ten temat publikowali m. in. Bob Hoffman, red. Stanisław Zakrzewski.

Dziś temat „kontroli mięsni” jest zapomniany, ale warto go poznać. Jestem przekonany, że może zainteresować naszych czytelników.
Patrząc na zdjęcie A. Meada, które zostało wykonane ponad 80 lat temu, można już dokonać oceny tego co on osiągnął. systematycznym i ciężkim treningiem siłowym Ten człowiek – inwalida wyglądał imponująco.

Mamy nadzieję, że ten artykuł posłuży jako kolejny w przytłaczającej serii naszych dowodów jednoznacznie świadczących o tym, że można ćwiczyć własnymi metodami treningowymi lub tymi z przed wielu lat, używać prymitywnego sprzętu oraz nie stosować „chemicznych wspomagaczy rozwoju mięśni”, a efekt tego będzie imponujący.
To co osiągnął m.in. Alan Mead, dla większości współczesnych użytkowników nowoczesnych siłowni, mających nieograniczony dostęp do wszelkich suplementów i odżywek może być nieosiągalnym marzeniem.
Artykuł udostępniony z archiwum Stanisława Zakrzewskiego (1907 -1972).
Jan Włodarek, luty 2016
Rej.851/Trening -90/2016.02.28/JWIP.PL


Z Antonim Kołeckim rozmawia Mirosław Głogowski. Cz. 2


(Antoni Kołecki, Piotrków Trybunalski 1967 r. Fot. Jan Rozmarynowski)



Część druga

M.G.: Tęskni Pan za młodością?
A.K.:
Życie szybko przemija, mam już 82 lata, nękają mnie nowe dolegliwości zdrowotne, trapi mnie smutek z powodu samotności, Niedawno jeszcze czułem się młodym i jak na swój wiek energicznym. To niestety już nieodwracalna przeszłość, którą lubię z nostalgią powspominać. Z wiekiem nabrałem dystansu do siebie i do tego, co przeżyłem uprawiając sport. Na nowo odkrywam, weryfikuję, to co było ważne, zależne ode mnie. Dalej żyję świadomie i czuję, że jeszcze mam coś przez sobą.

Pana dzieciństwo jest związane z tragicznymi latami okupacji niemieckiej, zaś młodość to okres życia w wyzwolonej Polsce.
W ostatnich latach, siedząc nieraz w samotności przed oknem wspominam również lata narodowej niedoli, okupację, w czasie których byłem wówczas przerażonym dzieckiem. Rozmawiając z Panem w mojej głowie otwierają się również straszne obrazy z tego okresu, które teraz chciałbym przełożyć na słowa utrwalone na piśmie.
To, co powiem, jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ; jestem jednym z tych nielicznych żyjących, którzy tworzyli podwaliny polskiej kulturystyki, a wcześniej przeszli przez piekło okupacji hitlerowskiej. Jeszcze trzymam się życia, więc uważam, że mogę chociaż w wielkim skrócie opowiedzieć w kilkunastu zdaniach o swoim dzieciństwie, które ma wpływ na moje dorosłe życie i uprawianie sportu.

Oczywiście, proszę bardzo.
Jestem „chłopakiem” z Łodzi, z ulicy Piotrowskiej, numer domu 77. Kiedy skończyłem 6 lat, do Łodzi wkroczyły hitlerowskie hordy, miasto włączyli do Rzeszy, zmieniając jego nazwę na Littzmannstadt. Nie rozumiałem okrucieństwa wojny, ale bałem się jej, tak jak wszyscy polscy mieszkańcy tego miasta. Doznałem szoku, gdy esesmani na moich oczach zastrzelili mojego ukochanego psa, bo szczeknął na nich. Wkrótce moich rodziców aresztowało gestapo. Ojciec był w Armii Krajowej i za to trafił do Oświęcimia, później do obozu Mauthausen. Matkę wywieziono w głąb Niemiec. Zostałem sierotą, ale szczęśliwie byłem pod opieką dziadków. Mieszkali oni w pobliżu Radogoszczy, gdzie był hitlerowski obóz zagłady otoczony lasem Łagowieckim. Któregoś dnia bawiąc się z kolegami w tym lesie pobiegłem aż do jego skraju i zobaczyłem za ogrodzeniem z drutu kolczastego zmaltretowanych jeńców wojennych, wyglądających jak żywe szkielety; na wieżyczkach strażniczych stali esesmani z karabinami maszynowymi gotowymi do strzału. To był dla mnie wstrząsający widok, który jako koszmar powracał do mnie jeszcze przez wiele lat. Już na sam widok niemieckiego munduru byłem sparaliżowany ze strachu.

Każdy przeżyty dzień dawał nadzieję na życie.
Dziadkowie starali się, abym o tym nie wiedział i nie myślał; pozwalali mi grać w piłkę z rówieśnikami, bawić się w berka, ganiać po podwórkach sąsiadów. Pilnowali mnie, abym uczył się na tajnych kompletach. Były one jednoosobowe. Ze względu na bezpieczeństwo konspiracji nauczycielka uczyła tylko jedno dziecko przez kilka godzin, po czym przychodziło następne. W domu odrabiałem lekcje. W dniu nauki bardzo się bałem idąc do nauczycielki i od niej wracając, ponieważ w niesionym koszyku pod szmatami leżał ołówek i zeszyt, w którym pisałem na lekcji i w domu. Przypadkowa rewizja, a Niemcy przeszukiwali również dzieci, mogłaby zakończyć się tragicznie dla mnie, dziadków, nauczycielki i pewnie innych osób. Za naukę po polsku karano wywózką do hitlerowskich obozów śmierci.

Nastąpiło upragnione wyzwolenie, a z nim radość?
Wkrótce z niemieckich obozów wrócili rodzice i stałem się szczęśliwym dzieckiem. Tuż po oswobodzeniu Łodzi, zimą, udaliśmy się z kolegami do udostępnionego mieszkańcom niemieckiego magazynu, w którym składowane były setki nart z przeznaczeniem dla żołnierzy Wermachtu walczących na ziemi rosyjskiej. Ten dzień był mroźny, padał śnieg. Ja i koledzy byliśmy szczęśliwi, że pierwszy raz w życiu mamy narty. Bez obawy, że Niemcy zrobią nam krzywdę, próbowaliśmy zjeżdżać i zbiegać z pagórków na terenie byłej żwirowni w Stokach Do domu wróciliśmy poobijani od upadków, zmęczeni i zmarznięci, ale uradowani. To jest niezapomniany dzień w moim życiu.

Zaczynał się powolny powrót do normalnego życia, wrócił Pan do szkoły?
Miałem 12 lat, gdy wróciłem do nauki i to również był radosny dzień. Zaliczono mi 3 klasy z tajnego nauczania i wylądowałem w klasie, w której byłem najmłodszym uczniem wśród szesnastolatków, ale najsprawniejszym na lekcjach wychowania fizycznego. Wówczas nadarzyła się okazja, aby uprawiać sport.

Jaką dyscyplinę?
W szkole trafiłem na lekcje nauczyciela wychowania fizycznego, który był pasjonatem gimnastyki przyrządowej i potrafił zainteresować wyrośniętych i rozbrykanych chłopców. Chciałem być najlepszym, chłonąłem każde jego słowo szybko opanowując kolejne ćwiczenia gimnastyczne. Okazało się, że mam predyspozycję do wyczynowego uprawiania tej dyscypliny. Trafiłem do klubu „Ogniwo Łódź” (później „Społem”) i w nim trenowałem kilka lat pod kierunkiem T. Bentkowskiego – znanego trenera. Startowałem w wielu młodzieżowych zawodach, zdobyłem II klasę w gimnastyce sportowej.

Droga do kariery sportowej została otwarta?
Formalnie tak, ale tak naprawdę to wówczas zrozumiałem, że czeka mnie trudna i długa droga na szczyty sławy, a przy tym okazało się, że nie miałem wielkiego talentu do tej dyscypliny. Żeby go rozwijać i szlifować musiałbym więcej czasu poświęcać na trening i wykonywać go z nadmiernym wysiłkiem. Próbowałem, ale to skutkowało negatywnie na naukę w szkole. Zrezygnowałem więc z uprawiania tego sportu.
Okres wyczynowego uprawiania gimnastyki nie był jednak straconym czasem. Stałem się odważny i zdolny do głębokiej koncentracji umysłu, wzmocniłem mięśnie i rozwinąłem bardzo ogólną sprawność fizyczną, stałem się systematyczny i dokładny w działaniu. Nauczyłem się zasad i metodyki sportowego treningu, podstaw odżywiania i regeneracji. Mój trener oraz systematyczne treningi w gronie młodzieży w znacznym stopniu wpłynęły pozytywnie na kształtujące się cechy mojego charakteru.

W tym czasie Redaktor Stanisław Zakrzewski – Ojciec Polskiej Kulturystyki, zalecał młodzieży, aby swoją przygodę ze sportem zaczynała od gimnastyki, a później, po wzmocnieniu organizmu, wybierała dyscyplinę odpowiednią dla siebie. Wiedział Pan o tym?
Wówczas nie miałem okazji o tym słyszeć. Kilka lat później, będąc już instruktorem kulturystyki i podnoszenia ciężarów wpajałem ćwiczącej młodzieży, że kulturystyka, to nie tylko siła, mięśnie, ale również ogólna sprawność fizyczna, którą znakomicie zwiększa się wykonując ćwiczenia gimnastyczne. Duży nacisk kładłem również na treningi ogólnorozwojowe w terenie.

Po rezygnacji z uprawiania gimnastyki jaką Pan wybrał dyscyplinę?
Przypadek sprawił, że stałem się ciężarowcem, znalazłem się w określonym czasie w przeznaczonym mi miejscu. Po ukończeniu technikum mechanicznego zostałem powołany do zasadniczej służby wojskowej. Komisja wojskowa zadecydowała, że poborowy Antoni mając klasę sportową kwalifikuje się do garnizonowej kompanii skupiającej sportowców z województwa łódzkiego. Oprócz mnie trafili tam również znani sportowcy, między innymi Kazimierz Kowalec – piłkarz ŁKS-u, Jerzy Boniecki – pływak, olimpijczyk z 1952 r. Dowództwo kompanii składające się z fachowców od sportu orzekło, że jeśli byłem dobrze zapowiadającym się gimnastykiem, to moje miejsce jest w sekcji podnoszenia ciężarów. Przyjąłem to ze zdziwieniem ale i spokojem. Miałem odpowiednie atuty: umięśnioną sylwetkę, sporą siłę oraz doskonałą ruchomość w stawach, co gwarantowało, że szybko opanuję technikę w rwaniu, podrzucie i wyciskaniu sztangi. Szansa na to była spora, bo znalazłem się pod opiekę dobrego instruktora Jana Bochenka. Później został on medalistą na igrzyskach olimpijskich w 1956 r., a po zakończeniu kariery ciężarowca był cenionym i znanym w kraju trenerem.

W koszarach otrzymał Pan rozkaz: dźwigać ciężary i zwyciężać?
Owszem, miałem solidnie trenować, zajmować dobre miejsca w zawodach Wojska Polskiego: mistrzostwach pułku, okręgu, kraju i armii zaprzyjaźnionych. Inne wojskowe obowiązki, jak strzelanie do celu, musztra, czy bojowe marsze w terenie na dystansie 50 kilometrów, w pełnym uzbrojeniu i w masce gazowej, nie były wymagane. Tego typu „kara” czekała mnie w przypadku lenistwa na treningach i braku postępu (śmiech).

Wywiązywał się Pan z tych obowiązków?
Starałem się, więc miałem w miarę dobre wyniki. Wygrałem na mistrzostwach pułku, a na ważniejszych zawodach w okręgu wojskowym plasowałem się na miejscach, które dawały cenne punkty w drużynowej klasyfikacji. Wówczas w trójboju przekraczałem 300 kg, ważąc ok. 75 kg.
Te wyniki zadawalały moje dowództwo, w nagrodę przyznawało mi kilka dni urlopu. Pomimo dużego wysiłku, jaki wkładałem w każdy trening, mój rekord w trójboju nie dawał mi szans na zakwalifikowania się do reprezentacji Wojska Polskiego i startu w mistrzostwach ciężarowców armii zaprzyjaźnionych. Z polskiej strony startowali w niej wyłącznie zawodnicy reprezentujący światowy poziom w tej dyscyplinie sportu.

Intensywne uprawianie podnoszenia ciężarów wymaga „treściwego” odżywiania. Jaką miał Pan dietę?
Harowałem na treningach, a do tego była potrzebna energia z – kalorycznych posiłków. Nie miałem powodu do narzekań na ilość i kaloryczność. O to dbało dowództwo kompanii żywiąc nas według wzorców odżywiania stosowanych i sprawdzonych przez sportowców radzieckich. Był to zresztą okres zimnej wojny między Wschodem a Zachodem, a głównie USA. Żołnierze mieli być w pełnej gotowości do boju, więc ich posiłki były odpowiednio kaloryczne, ale mało urozmaicane. Sportowcy, jak również żołnierze niektórych formacji, byli uprzywilejowani dostając zwiększone porcje mięsa. Mnie one wystarczyły, aby codziennie po kilka godzin trenować i utrzymywać ciężar ciała w granicach przewidzianych dla mojej kategorii wagowej.

Kończył się okres służby wojskowej. Planował Pan zostać zawodowym żołnierzem?
Zaproponowano mi pozostanie w wojsku i dalsze uprawianie podnoszenia ciężarów. To byłby dobry sposób na karierę w sporcie. Po konsultacji z rodziną i kolegami wybrałem jednak życie na spocznij, w cywilu, i natychmiast wylądowałem w kompani wartowniczej w Klapkowicach, w województwie opolskim. Ostatnie miesiące stojąc na warcie miałem okazję snuć sobie plany na przyszłość: podjąć pracę w wyuczonym zawodzie i zająć się czymś przyjemniejszym - najlepiej w sporcie.

Powrót do cywila i „wolności” wówczas nie wiązał się z ryzykiem, gdyż praca czekała; była również możliwość wyżycia się fizycznie w klubach sportowych, przygarniających każdego młodego człowieka.
To prawda. Bez trudu wróciłem do narzędziowni w łódzkim zakładzie włókienniczym. Fizycznie byłem „oklapnięty” bezmyślną służbą wartowniczą. Odstawiony od sztangi od kilku miesięcy czułem się źle. Postanowiłem więc wznowić uprawianie podnoszenia ciężarów. Dobrze się złożyło, bo w tym czasie w ŁKS-ie powstawała sekcja ciężarowców do której natychmiast się zapisałem. Skupiała młode talenty, panowała w niej ambitna i koleżeńska atmosfera, a trenerzy byli dobrymi fachowcami. Ciężki trening szybko przyniósł efekty w postaci silnego zespołu, który liczył się w rywalizacji krajowej. Największe sukcesy odniósł mój kolega Zenon Słowiński zdobywając cztery razy tytuł mistrza Polski. Ja zaś swój rekord w trójboju doprowadziłem do 350 kg, co spełniało kryterium średniego poziomu w kraju w mojej kategorii wagowej.

Po kilku latach ciężkiego treningu wzrosło ryzyko przetrenowania, doznania kontuzji lub po prostu zniechęcenia się monotonnym treningiem.
To prawda. Bez należytej opieki i pomocy ze strony klubu w zakresie zdrowia – regeneracji organizmu i odpowiednich warunków życia, trudno byłoby przez kilka lat wyczynowo uprawiać sport, zresztą tak jak i w obecnych czasach. Dostawałem talony na posiłki w stołówce, niewielkie kwoty, tzw. diety w dniach startu w zawodach, miałem pomoc w nagłych przypadkach zdrowotnych. To mnie wówczas wystarczało.
Byłem wytrwały, ale powtarzanie tych samych ćwiczeń kilka razy w tygodni zaczęło mnie nużyć. Brakowało mi dynamicznej aktywności, np. treningu w terenie na świeżym powietrzu, chociaż gry w piłkę nożną. Od kolegi dowiedziałem się, że w łódzkim klubie „Włókniarz” powstaje sekcja rugby, której trener, magister wf. Leszek Latek, poszukuje wysportowanych chłopaków. To była dla mnie oferta, dająca mi możliwość sprawdzenia organizmu i charakteru w męskiej walce na boisku. Grałem więc nie rezygnując z treningów ze sztangą.
Jesienią i zimą intensywnie trenowałem siłę, zaś wiosną i latem kładłem akcent na grę w rugby. W 1959 roku nasza drużyna zajęła 3-cie miejsce w Mistrzostwach Polski. Wystąpiłem również w reprezentacji Polski w meczu międzynarodowym.

Połączenie wyczynowego uprawiania dwóch przeciwstawnych sobie dyscyplin imponuje, bo jaką trzeba mieć motywację i wydolność organizmu aby temu podołać?
To wyzwanie nie dla współczesnej młodzieży. W mojej młodości było to możliwe, wielu młodych ludzi w ten sposób wypełniało swój wolny czas. Niektórzy z nich doszli nawet do mistrzowskich wyżyn i tytułów w kilku dyscyplinach. Czy było warto? Tak! Przypomnę:
Wówczas my, ”dzieci wojny”, mieliśmy swoją filozofię sportu, różniącą się od współczesnej. Było pięć lat po wojnie; okres – w którym sport traktowaliśmy jako sposób na życie w zdrowiu i radości z rywalizacji. Dziś można powiedzieć, że był to styl życia, mający w założeniu między innymi spowodowanie oderwania naszej pamięci od okrucieństw wojny. Możliwość uprawiania sportu miała ogromie pozytywny wpływ na nasze sportowe zachowanie się poza salą treningową, boiskiem. Na pewno tym, którzy przeżyli wojnę, sport pozwolił przywrócić ambicję oraz chęć doskonalenia się i pięcia się do góry!
W moim środowisku krążyło ambitne powiedzenie: „daj sobie szansę, sprawdź się w treningu i na zawodach sportowych”. Warto było się sprawdzać w ten sposób, gdyż już sam udział w zawodach był uważany jako wielkie osobiste wyróżnienie. Wiązało się to z uznaniem i podziwem, nie tylko rówieśników. Mówiono nam: „wykazałeś się ambicją i wytrwałością i jednocześnie nie zapomniałeś o nauce”. Dawało nam to poczucie męskości i pewność, że podążamy w dorosłe życie właściwą drogą.

To był wielce pozytywny młodzieńczy styl życia, adekwatny do minionych czasów. Dzieci wojny zapisały chwalebne karty polskiej historii, nie tylko w sporcie. A dziś…?
Minęło wiele lat, trudno obecnie spotkać nastolatków, którzy z takim wysiłkiem i determinacją, jak my, walczyliśmy o to, aby osiągnąć coś, co wydawało się dla nas bardzo trudne. Teraz to inne czasy, prawie inny kraj, inni nauczyciele sportu oraz ćwiczący, którym rodzice piszą zwolnienia z wf., a przy tym w kulturystyce modelowa chęć szybkiego osiągnięcia sukcesu małym wysiłkiem. Od ponad 20 lat zaleca się głownie „najlepiej łykaj prochy, trenuj i długo odpoczywaj”. Dodam jeszcze – zwyczaj bezmyślne naśladowanie profesjonalnych mistrzów. Zresztą wystarczy wziąć w rękę pierwszy z brzegu ilustrowany magazyn dla kulturystów, aby samemu ocenić, jaka jest teraz kulturystyka.

To prawda; proponuję, aby do tego tematu powrócić w trzeciej części naszej rozmowy, ale poświęcić ją przede wszystkim przypomnieniu Pana osiągnięć w Polskiej kulturystyce, a zakończyć wywiad Pana spostrzeżeniami odnoszącymi się do współczesnej kulturystyki.
Bardzo dobrze, do usłyszenia.

Dziękujemy za rozmowę: Mirosław Głogowski (Londyn). Współpraca: Jan Włodarek (Warszawa) Maciej Szymański (Kalifornia).
Rej.795./WYWIADY - 35//2014.06.15/ JWIP.PL
Dokończenie niebawem



Z Antonim Kołeckim rozmawia Mirosław Głogowski

(Na zdjęciu A. Kołecki, Sopot 1968r., Fot. Jan Rozmarynowski).

Część pierwsza

Antoni Kołecki jest jednym z legendarnych polskich kulturystów lat sześćdziesiątych XX w. W maju tego roku skończył 81 lat. O Jego sukcesach sportowych można było przeczytać w czasopiśmie „Sport dla Wszystkich”, wydawanym w latach 1958 – 1972. Są w nim m.in. relacje z zawodów, wywiady, programy treningowe opisane przez redaktora Stanisława Zakrzewskiego.

W latach 80 – 90-tych o Antonim Kołeckim wspominał redaktor Henryk Jasiak na łamach miesięcznika „Rekreacja Fizyczna” i tygodnika „Wiadomości Sportowe” oraz w swojej książce „Magia Ciała”. W ostatnich latach jedynie w miesięczniku „KiF” kilka razy krótko wymieniono tego pioniera kulturystyki.

Nie lepiej jest na polskich portalach kulturystycznych. Przewija się jedynie jego nazwisko, a przy nim powtarzający się ten sam zlepek kilku lakonicznych zdań. Wyjątkowo tylko na stronie JWIP.PL są artykuły o Kołeckim, zresztą także i o innych atletach, którzy w początkach istnienia kulturystyki w Polsce zbudowali jej mocne podwaliny.

Jan Włodarek, z pomocą Macka Szymańskiego z Kalifornii, odszukał niedawno (w Kanadzie) Kołeckiego, swojego rywala sportowego z lat 60-tych i namówił mnie, abym przeprowadził z Antonim rozmowę. Propozycję przyjąłem z radością, gdyż tych pionierów osobiście znam od ponad 40 lat, z Janem organizowałem kulturystykę w LZS, a Antoni był jednym z moich nauczycieli kulturystyki.
Miałem jednak obawę, czy wywiad będzie udany, gdyż Kołeckiego ostatni raz widziałem w 1975 roku; mieszkam w Londynie - on natomiast w Calgary. Pozostało mi liczyć na jego przychylność i rozmowę tylko przez telefon.

Zadzwoniłem i o dziwo mój „nauczyciel” pamięta mnie, więc rozmawialiśmy sympatycznie jeszcze kilka razy. Mistrz odpowiadał na moje pytania dotyczące nie tylko jego długiej przygody w sporcie. Na podstawie tego, co usłyszałem, można byłoby napisać obszerny tekst o jego ciekawym życiu, np. o dzieciństwie w Łodzi w czasach niemieckiej okupacji i pierwszych latach po wyzwoleniu. W przyszłości może wrócę do tego tematu.

M.G. Tych, który pana dobrze znali, rywalizowali na kulturystycznych arenach w latach 60–tych, zaskoczyła wiadomość o pana nagłym wyjeździe z kraju w 1975 roku
.
A.K. To już odległe czasy, w których w moim sportowym i prywatnym życiu wiele się działo i zmieniało, a powodów do tego było wiele. Dwa lata wcześniej zmarł redaktor Stanisław Zakrzewski - ojciec polskiej kulturystyki i w tym sporcie zapanował chaos organizacyjny, m.in. zawody zaczęto przeprowadzać wg różnych zasad i kryteriów, przeważnie wymyślonych przez lokalnych działaczy. Ponadto nie ze swojej winy - musiałem zrezygnować z prowadzenia sekcji kulturystycznej w Ognisku TKKF Polesie. Trudno było mi w takich warunkach dobrze przygotowywać się do startu w zawodach i rywalizować z dużo młodszymi ode mnie sportowcami. Nie wdając się w szczegóły, w tym czasie nie widziałem już swojej przyszłości w kulturystyce, jak również szansy na lepsze życie. Wyjechałem przez Wiedeń do Calgary w Kanadzie.

To ryzykowna decyzja
To był ostatni moment na przesadzenie swoich „korzeni” poza krajem. Wybrałem Kanadę uchodzącą za przyjazny kraj dla takich, jak ja. Miałem wówczas 42 lata, czyli wg amerykańskiego socjologicznego standardu byłem już „nierozwojowy”. Spróbowałem, wierzyłem, że dam sobie radę. W razie niepowodzenia mogłem liczyć na wsparcie ciotki od wielu już lat mieszkającej w Kanadzie.

Nie łatwo było panu przełamać ten stereotyp?
Każdy zapytany emigrant, któremu się udało, odpowie, że pierwsze lata pobytu na kanadyjskiej ziemi wymagają wysiłku, niesamowitej pracowitości, sporych wyrzeczeń i odporności psychicznej. Na początku było mi bardzo trudno, zacząłem od nauki języka angielskiego, jednocześnie pracując – w zawodzie mechanika precyzyjnego, ze specjalizacją tokarza. Umiejętności i duże doświadczenie zawodowe, które zdobyłem pracując w łódzkich zakładach przez prawie 20 lat – dały dobre rezultaty.

Calgary znane jest jako miasto, w którym odbyła się zimowa olimpiada, to raczej nie najlepsze miejsce dla fachowca w obróbce metalu?
W Polsce mało kto wie, że okolice Calgary, znanego kurortu zimowego - miejsca uprawiania narciarstwa, to ogromne zagłębie przemysłu, m.in. wydobycia ropy naftowej. W tej branży dość łatwo można było dostać pracę dobrze opłacaną. Wystarczyło być fachowcem, odpornym na surowy górski klimat.

Dostał pan odpowiedzialną pracę bez znajomości języka angielskiego?Znałem kilkadziesiąt słów po angielsku, ale bardzo dobrze w Polsce czytałem rysunki techniczne. To wiedza uniwersalna, którą bez problemu można się posługiwać w uprzemysłowionych krajach. I to właśnie ona zadecydowała o powodzeniu we wstępnej rozmowie z pracodawcą. Następnie bez sprawdzania mojego dyplomu ukończenia łódzkiego technikum odbył się praktyczny egzaminu moich rzeczywistych umiejętności zawodowych. Przeprowadził go Majster rodem z Serbii. Wręczył mi rysunek i poinstruował mieszaniną słów trzech języków, w tym polskim, bo znał je od narzeczonej, co i jak i w jakim czasie mam obrobić na ogromnej tokarce.

Duża maszyna i duża odpowiedzialność.
W Polsce „ćwiczyłem” na podobnych, więc byłem pewien, że podołam próbie. Stalowy odlew, ważący ok. 200 kg zamocowałem w uchwycie tokarni. Pomimo tego, że korzystałem z pomocy łańcuchowego wyciągu, przydała się moja „krzepa”, a tej mi nie brakowało. Majster bacznie obserwował mój każdy ruch, gdyż obrabiałem część do maszyny wiertniczej. Mój błąd - to jego utrata premii. Przed wyznaczonym czasem odlew obrobiłem zgodnie z wymiarami podanymi na rysunku utrzymując tolerancje wymiaru do 0,5 milimetra. Kontroler sprawdził i poinformowano mnie, że zostałem przyjęty do pracy z dobrym wynagrodzeniem.
Natychmiast po tym dostałem angaż zapewniający mi dobre warunki pracy i wynagrodzenie. Później dowiedziałem się, że od kilku miesięcy pracodawca bezskutecznie poszukiwał kandydata do obsługi tej obrabiarki, a wartość wykonanej przeze mnie części, to równowartość średniego samochodu osobowego.

Wszyscy byli zadowoleni.
Najbardziej Majster, ponieważ to on prawdopodobnie poniósłby koszty mojego nieudanego egzaminu. Uwierzył mi i dostał nagrodę od dyrektora za znalezienie odpowiedniego pracownika. Wkrótce staliśmy się dobrymi kolegami. Po pracy często razem wpadaliśmy do jakiegoś przytulnego lokalu, aby posmakować dobrego jedzenia, wypić małe piwo, pogadać o wszystkim i nawet powalczyć na rękę ze stałymi bywalcami, byłymi sportowcami. Ten kto przegrywał, ten stawiał. Przeważnie wygrywaliśmy.

W kraju pachnącym żywicą zaszył się pan zrywając kontakty z ojcowizną.
Nie od razu. Kilka razy byłem w Łodzi, musiałem uregulować prawnie sprawy prywatne. Przy okazji spotkałem się z bliskimi oraz znajomymi. Niestety nie starczyło mi czasu na spotkania z osobami, które znałem jedynie z kulturystyki. Obiecywałem sobie, że specjalnie przyjadę do Polski, aby wspólnie powspominać stare dzieje w kulturystyce, np. z Jerzym Baranowskim, czy Henrykiem Jasiakiem. Skończyło się na planach. Stopniowo zacząłem tracić kontakt z krajem. To może się wydawać dziwne, ale to charakterystyczny stan dla polonusów mieszkających w Kanadzie którzy tak jak ja z Polski wyjechali z „bagażem” rozczarowań, a w nowym kraju musieli szybko asymilować się, walcząc o byt. Znajomi w ojczyźnie również byli pochłonięci swoimi problemami, nastał okres transformacji gospodarczo-politycznej, którą starali się jakoś przetrwać. W miarę upływu czasu nasze kontakty stawały się coraz luźniejsze, aż się urywały...

W ostatnich latach bezowocnie szukaliśmy pana. Ja w Łodzi wypytywałem pana znajomych z siłowni, szukałem w Toronto, zaś pan Włodarek rozmawiał m.in. z Stanisławem Ptaszyńskim i Sławomirem Filipowiczem zamieszkałymi w USA . Nikt z nich nie wiedział, gdzie pan mieszka.
Nawet nie wiedziałem, że w USA, czy Kanadzie, mieszkają osoby, które w Polsce uczestniczyły w zawodach, w których i ja startowałem. Teraz wiem, że jest ich kilkunastu; sądzę, że gdyby chcieli, to łatwo by mnie odszukali, zresztą są młodsi ode mnie. np. Paweł Przedlacki - o 20 lat, z którym w Polsce poza startem w tych samych jakichś zawodach nie utrzymywałem żadnych kontaktów.
Nieraz jednak wspominam młodość i tych, z którymi rywalizowałem w kulturystyce: Janka Włodarka, Stefana Krajewskiego, Leonasa Piverionusa z Litwy i innych. Ciebie pamiętam. Na sali treningowej byłeś dociekliwy, a później pamiętam Cię już jako cenionego w Łodzi instruktora młodzieży oraz organizatora zawodów. Proszę, napisz to koniecznie w wywiadzie!

Dziękuję, cóż mi pozostało. Teraz przejdźmy do pana aktywności w sporcie na obczyźnie.
Dobrze. W Kanadzie nie powróciłem do wyczynu, wybrałem kulturystykę rekreacyjną. Na początku ćwiczyłem w siłowni należącej do wspólnoty żydowskiej. Ćwiczyło tam wielu emigrantów, w tym z Polski, w różnym wieku. Była dobrze wyposażona, a opłata wynosiła symboliczną kwotę. Byłem wtedy w dobrej formie fizycznej, wyciskałem leżąc 160 kg i w innych ćwiczeniach również imponowałem młodzieży. Jeszcze przez kilka lat utrzymywałem wysoką formę fizyczną.
Później zmieniłem siłownię na bardziej nowoczesną, usytuowaną w tzw. kompleksie sportowym, w którym również regularnie pływałem, co jest i obecnie dla mnie dużą przyjemnością. Po ukończeniu 70 roku życia oprócz pływania w lecie jeżdżę na rowerze.

W Kanadzie aktywność fizyczna seniorów jest powszechna.
Ćwiczenia ciała są wpisane w profilaktykę zdrowotną społeczeństwa, z której każdy może czerpać do woli, a seniorzy to sobie bardzo chwalą. W moim wieku niestety często zaczyna coś dokuczać. Mam kłopoty ze wzrokiem, ale nie odpuszczam, staram się regularnie ruszać, maszerować kilometrami nawet zimą. Zimy są mroźne, ale nawet, gdy dochodzi do minus 30 stopni, ochoczo wybieram się z kolegami - ciepło ubrany nad rzekę. Wiercimy otwory w lodzie i łowimy ryby. Oj smaczne, szczególnie gorące z patelni. Od czasu do czasu wsiadam do swojej terenówki i mknę w kierunku gór lub jeszcze dalej w kanadyjską puszczę. Tam jest powietrze naprawdę pachnące żywicą.

Jeździł pan do Stanów Zjednoczonych?
Często; część urlopu spędzałem w Stanach, za każdym razem w innym miejscu. Zwiedziłem ten kraj wzdłuż i wszerz, przemieszczając się samochodem przeznaczonym do turystycznych wojaży. Z tych wycieczek pozostały mi niezapomniane wspomnienia i kolorowe zdjęcia. Pewnego roku „zapuściłem się” w południowe rejony. Było co zwiedzać, a przy okazji dobrze wygrzać w słońcu stare kości. Na zakończenie pobytu kupiłem drobiazgi dla znajomych, a dla siebie po okazyjnej cenie kowbojski kapelusz i dużą puszką proteiny dla kulturystów.
Do domu wracałem w dobrym nastroju, który opuścił mnie na granicy amerykańsko - kanadyjskiej, kiedy wielki i tłusty czarnoskóry amerykański funkcjonariusz dał znak, abym się zatrzymał, a następnie polecił skierować samochód do hangaru na drobiazgową kontrolę.

Bez powodu?
Zauważył kolorową puszkę ze „strawą” dla kulturystów wystającą z torby leżącej na tylnym siedzeniu. W czasie kontroli funkcjonariusze - specjaliści od narkotyków w pierwszej kolejności zajęli się proteiną; przeczytali na etykiecie, że wyprodukowana jest w Meksyku. I się zaczęło; puszka została rozpruta, a jej zawartość oddano do laboratoryjnej analizy. Następnie graniczni mechanicy przystąpili do demontowania samochodu, który stał już na podnośniku, zaś ja zostałem poproszony do „biura” i tam sprawdzili, czy nie jestem pod wpływem narkotyku, prześwietlili żołądek i dokładnie spenetrowali dolną część ciała. Po kilku godzinach oficjalnie stwierdzili, że jestem czysty, a samochód już był doprowadzany do pierwotnego kształtu. Nikt mnie nie przeprosił, straciłem puszka legalnej proteiny. Miałem szczęście, gdyż dość często w meksykańskich puszkach z proteiną funkcjonariusze znajdowali sterydy lub narkotyki. Pomimo tego do domu wróciłem w podłym nastroju.

Przypuszczam, że ta amerykańska kontrola była jednak przyjemniejsza od tej, którą pan przeżył na początku lat 70 - tych na granicy polsko - radzieckiej?
Przeciwnie; mimo tego że wówczas granica wschodnia była szczelnie chroniona, prawie każdy był dokładnie kontrolowany przez pograniczników i można było stracić paszport za drobne celne przewinienie. Wtedy dwa razy podpadłem funkcjonariuszom radzieckim wjeżdżając do kraju Rad. I z niego wyjeżdżając. Za pierwszym razem próbowałem pod sweterkiem przemycić setkę kolorowych plastykowych pasków, które skonfiskowano. Drugi raz, gdy opuszczałem ziemię radziecką, ci sami celnicy znaleźli pod moją marynarką 200 szt. identycznych pasków do tych, które mi zabrano przy wjeździe do ZSRR.
Pomimo tego, że za każdym razem byłem poproszony do pokazania swojego gołego, ale umięśnionego ciała i z grubego w pasie obwód zmniejszył się o 40 centymetrów, nie zastałem zatrzymany na granicy, ani nie powiadomiono polskich władz sportowych o moim „przemycie”. Byłby duży „obciach”, bo wówczas okazało by się, że mistrz polskiej kulturystyki jest pechowcem i nie należy mu wydawać paszportu.
Tę moją przygodę związaną z udziałem w zawodach kulturystycznych zorganizowanych z wielkim rozmachem w Kownie przez Komsomoł dowcipnie opisał Jan Włodarek, z którym w tych zawodach rywalizowałem.

Podobno mieszka pan na skraju puszczy?
Po kilkunastu latach pracy kupiłem sobie duży parterowy dom i był on rzeczywiście otoczony świerkami kanadyjskimi, ale do prawdziwej puszczy było daleko. Dobrze się w nim mieszkało, ale kiedy stałem się emerytem sprzedałem go i przeprowadziłem się do centrum miasta.
Od sześciu lat mieszkam w dziesięciopiętrowym domu, stanowiącym własność miasta. Do 5-tego piętra jest to tzw. „Dom emeryta” dla samotnych osób. Zajmuję ładnie urządzone mieszkanie, z okna mam widok na obiekty sportowe oraz wspaniałe zaśnieżone góry. Czuje się jak w dobrym sanatorium, gdyż mam zapewnioną opiekę lekarską, dobre zdrowe wyżywienie i spełniane inne nietypowe zachcianki, jak wieczorki taneczne, uroczyste spotkania, wycieczki. I zawsze znajdą się osoby, z którymi można porozmawiać. W niedzielę prawie wszyscy mieszkańcy „domu emeryta” kibicują miejscowej drużynie hokejowej i wieczorem jest temat do dyskusji z lampką czerwonego wina.

A co mieści się nad „Domem emeryta”?
Mieszkania, raczej luksusowe apartamenty dla bogatych osób, które je nabyły za wielkie pieniądze.

Na początku roku Calgary nawiedziła powódź…
Duża woda była, ale nie dotarła do mojego piętra. Trzymała się kilkanaście dni, a my byliśmy uwięzieni. Pozostało nam oglądanie telewizji, czytanie książek i gazet. Prowadziliśmy również ożywione życie towarzyskie, nikt się nie martwił, bo na bieżąco dostarczano nam pożywienie. Zastanawialiśmy się tylko, co będzie dalej, psiocząc na tutejszy klimat.
Jedyna szkoda, to zatopiony samochód, a że był ubezpieczony, to po powodzi nabyłem sobie nowy i lepszy (śmiech).

Jesień życia ma pan socjalnie i materialnie zabezpieczoną, czego nie może powiedzieć większość emerytów z kraju na Wisłą, którzy tak jak pan ciężko pracowali.
W Polsce mam wypracowany 20 letni staż pracy, zaś w Kanadzie pracowałem i dobrze zarabiałem do 75 roku życia, więc mam dobrą emeryturę, którą pobieram w kanadyjskich dolarach. To mi wystarczy, aby żyć godnie i w dostatku. Czytam polskie gazety i rozmawiam z Polakami , którzy za chlebem tak jak ja wyjechali z kraju oraz z młodymi, którzy przybyli w ostatnich latach. Po zmianie ustrojowej dla ich bliskich w Polsce miało być lepiej, a ci będąc już emerytami wegetują, są bez opieki, nie stać ich na lekarstwa, chorują. Ja choć jestem sam, nie mam obawy, że czeka mnie pobyt w obskurnym „przytułku”.

Po brzmieniu pana głosu sądzę, że fizycznie trzyma się Pan dobrze.
Niestety, tężyzny fizycznej pozostało niewiele, to i zdrowie nie takie, jakie bym chciał. Od ponad dwóch lat mój sędziwy wiek i wynik ciężkiej pracy zmusza mnie do częstych wizyt u lekarza. Miałem dolegliwe kłopoty ze wzrokiem. Jestem już po operacji tzw. zaćmy, teraz widzę lepiej, ale nawiedza mnie depresja, która jest m.in. skutkiem długiego przebywania w pomieszczeniu. Mam nadzieję, że z pomocą lekarza i słonecznej pogody niebawem rozruszam ciało, zaczynając od spacerów wśród zieleni, później zabiorę się za delikatne ćwiczenia gimnastyczne.

Zdrowia Panu życzymy!
Rozmawiał: Mirosław Głogowski (Londyn).
Współpraca: Maciej Szymański (Kalifornia), Jan Włodarek (Warszawa).

CIĄG DALSZY NASTĄPI
Rej.784./WYWIADY - 34/ /2014.05.30/JWIP.PL



Prośba do rejestrujących się na naszym forum


PROSIMY NIE WCHODŹCIE NA NASZE FORUM, JEŚLI NIE MACIE NIC DO NAPISANIA. FORUM JEST PRZYJAZNYM MIEJSCEM WYMIANY POGLĄDÓW, INFORMACJI, SPOSTRZEŻEŃ, UWAG, PROPOZYCJI ITD. DOTYCZĄCYCH PRZEDE WSZYSTKIM ĆWICZEŃ SIŁOWYCH.

NIE TOLERUJEMY TZW. OGLĄDACZY, KTÓRZY NIE MAJĄ ZAMIARU PRZYJĄĆ TEGO DO WIADOMOŚCI.

ZAKŁADAMY, ŻE OSOBY ZAMIERZAJĄCE SIĘ REJESTROWAĆ NA FORUM UWZGLĘDNIĄ TEN APEL.
JWIP.PL


Pionierzy tworzyli historię

Na zdjęciu: Mieczysław Krydziński, 1965 rok, z arch J.W.)

Tworzyli i realizowali. Jeden z nich kol. Jan Włodarek swoim artykułem pt. „Powracają pionierzy naszej kulturystyki”, zainaugurował cykl „Uchronić przyszłość dla przeszłości”.
Trzeba jednak wykonać ciężką pracę, aby do tego doprowadzić. Właśnie o tym, i w jaki sposób i zakresie ją wykonać, przeczytacie w naszym dziale: „PIONIERZY”.

Przeczytajmy artykuły: "Powracają pionierzy naszej kulturystyki", "Stanisław Wielgus - rozpoczął od tańca", "Pamięć o Pionierach Kulturystyki", "Stanisław Wielgus pomaga chorym". "Niesamowity wyczyn Daniela Pasternaka. 140 kg na 75 urodziny!", "60 - te urodziny Sławomira Filipowicza", "Przybył do nas Maciej Szymański", "Stanisław Ptaszyński wybrał się do Warszawy", "Dr Waldemar Wojciech Bednarski nie rdzewieje" , "Pożegnanie Andrzeja Laskowskiego", "Zbigniew Małachowski: człowiek z pasją", O Witoldzie Majchrzaku: "Jego życiorys to gotowy scenariusz filmowy", "Witold Majchrzak sześćdziesiąt lat na sportowej arenie","Pozegnaliśmy Mariana Rossę", itp.

Zapraszam, 28 października 2009 r.

Ostatnia aktualizacja 11 lutego 2015, godz. 11:33


Nie należy rozpoczynać treningu siłowego pod wpływem środków dopingujących i odurzających. Przed wykonywaniem opisanych tutaj metod treningowych i ćwiczeń należy się skonsultować z lekarzem. Autorzy i właściciel strony JWIP.PL nie ponoszą jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki działań wynikających bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania informacji zawartych na tej stronie.
Ostatnie Artykuły
ZAPROSZENIE
Wspominamy Bogusł...
Historia masażu (...
Historia masażu (...
Cholesterol - now...
Flesz
Noworoczna uroczystość
Noworoczna uroczystość
SPOTKANIA
Na forum
Tylko aktywnych zapraszamy na forum
oraz
do Pionierów



















































Jeżeli na tej stronie widzisz błąd, napisz do nas.

Jan Włodarek | Historia | Sylwetki | Wywiady | Porady | Trening | Dietetyka | Medycyna | Wspomaganie | Sterydy | Ośrodki | RÓŻNE